Czy rzeczywiście wszystko było „po bożemu”? Zapisane karty historii twierdzą nieco inaczej… Oto przed Wami największe sekrety ówczesnego świata seksu i erotyki.

Seks pod zaborami

W okresie przynależności Rzeczypospolitej do państw zaborczych panowało istne rozpasanie seksualne, jednak było to sprawą niemal wyłącznie mężczyzn – kobiety nie mogły pozwalać sobie na zbytnią swobodę w zaspokajaniu swoich potrzeb. Ich rola sprowadzała się do bycia ułożonymi cnotkami u boku męża. Gorzej, jeśli były niezamężne i chciały uprawiać seks – wtedy były uznawane za kurtyzany i traktowano je jak istoty ludzkie drugiej kategorii. Mimo to mężczyźni, w tym żonaci, chętnie się z nimi umawiali. Żony wiedziały o tym doskonale, jednak jedyne, co mogły z tym faktem zrobić, to wiernie czekać na powrót męża z podbojów.

XIX w. to również czas czystości przedmałżeńskiej w pełnym tego słowa znaczeniu. Narzeczeni nie mogli uprawiać seksu – gdyby stało się inaczej, kandydatka na żonę nie byłaby już godna zamążpójścia. Co więcej, mogłaby zostać uznana za kobietę lekkich obyczajów. Dlatego wszelkie randki odbywały się zwykle w jej domu, w obecności rodziców.

 

Wczesna inicjacja

Na początku XX w. już kilkunastoletni chłopcy wiele wiedzieli o seksie i nie była to wiedza czysto teoretyczna. Skąd to wiadomo? M.in. z ankiety przeprowadzonej wśród uczniów jednej z polskich szkół w 1903 r. Wynikało z niej, że dla większości 12-latków seks nie miał już żadnych tajemnic. Należy zaznaczyć, że ankieta była skierowana wyłącznie do chłopców, co po raz kolejny dowodzi temu, że zainteresowania kobiet seksem i ich potrzeb w tym zakresie w ogóle nie brano wtedy pod uwagę (która z nich przyznałaby się do seksu przedmałżeńskiego?). A jak to robili chłopcy? Najczęściej z … prostytutkami – odwiedziny burdelu były wtedy na porządku dziennym. To z kolei wiązało się ze wzrostem zachorowalności na choroby weneryczne.

 

Poszukiwania żony

W okresie międzywojennym wzrosły obawy społeczne przed chorobami wenerycznymi, co było po części uzasadnione, gdyż po pierwsze syfilis atakował na szeroką skalę (co było po części związane z „drugim życiem” mężów), a po drugie, wszelkie jego odmiany mogły mieć poważne konsekwencje dla zdrowia, a nawet życia. Dlatego znalezienie „czystej”, zdrowej kobiety nieskalanej seksem przedmałżeńskim stanowiło dla wielu mężczyzn podstawę, punkt honoru. Gdzie tam miłość, raczej czysta transakcja… Chociaż trzeba powiedzieć, że był to jeden wielki paradoks, gdyż Ci mężczyźni już na wstępie zarażali wybranki swojego serca chorobą nabytą od pań trudniących się najstarszą pracą świata, z którymi wcześniej (lub wciąż) obcowali seksualnie. Wprawdzie próbowali się zabezpieczać (prezerwatywy nie były jeszcze tak rozpowszechnione, częściej sięgali po silne, chemiczne środki odkażające), jednak różnie z tym bywało.

 

Propagowanie seksu

Rozpowszechnianie treści i przedmiotów związanych z seksem było traktowane na równi z szerzeniem rozpusty. W związku z tym, sprzedaż takich artykułów, jak gadżety erotyczne, była w latach 20., 30. i 40. surowo zabroniona i karalna więzieniem. Wszelki obrót przedmiotami tego typu podchodził pod „nierządny użytek”. Podobnie było z zamieszczaniem w prasie artykułów o tematyce seksualnej, chociaż istniejące na rynku czasopisma miały swoje sposoby na to, aby te zakazy obejść – erotyzm prezentowano np. w formie żartobliwych, niewinnych grafik.

 

Seks w związku (małżeńskim)

Podczas międzywojnia powszechna była zasada: najpierw ślub, potem głębsze poznanie, przez co często dochodziło do tego, że małżonkowie żyli obok siebie – okazywało się bowiem, że różniło ich bardzo dużo i nie potrafili stworzyć szczęśliwej, kochającej się rodziny. Najczęściej po prostu oswajali się ze sobą i potrafili żyć w jednym miejscu razem, jednak nie można było powiedzieć, że to miłość. O seksie nie wspominając. Motywem zawarcia takiego małżeństwa były zwykle pieniądze – majątek jednej ze stron, interesy pomiędzy rodzinami. To wszystko potwierdzają statystyki: tylko 13 na 100 małżeństw było szczęśliwych, z kolei tylko kilku mężów na 100 nie zdradzało swoich żon. Do tego dla wielu żon akt miłosny z mężem kończył się zawodem.

Tam, gdzie był „seks z miłości”, po jakimś czasie powszedniał i panowie poszukiwali wrażeń gdzie indziej. W tamtych czasach na próżno było szukać ratunku w postaci terapeutów, gadżetów lub też preparatów powiększających możliwości męskiego przyrodzenia typu Penirium  – takowych środków jeszcze nie było. Paweł Klinger, ówczesny ekspert od spraw seksu oraz autor bestsellerowego poradnika „Vita sexualis. Prawda o życiu płciowym człowieka w 1930 roku.” uważał z kolei, że doskonałą metodą na ożywienie życia seksualnego małżonków jest … urlop od siebie nawzajem. I chociaż nie napisał tego wprost (za to mógłby wylądować w więzieniu), wydaje się pewne, że chodziło mu o romanse.

 

Czy wiele rzeczy się zmieniło od tego czasu? Z pewnością to, że seks pozamałżeński nie oznacza już wiecznego potępienia. Poza tym, medycyna poszła znacznie do przodu i obecnie mamy dostęp do wielu form zabezpieczeń przed chorobą weneryczną oraz niechcianą ciążą. Rozwinął się również rynek gadżetów erotycznych i produktów zwiększających doznania intymne. Nie zmieniło się natomiast to, że dzisiaj nasza wiedza na temat seksu zaczyna się kształtować mniej więcej w tym samym wieku (12-13 lat) – tak mówią statystyki. Powoli wzrasta poziom edukacji na temat seksu w szkołach, co na pewno cieszy. Dobrze by było, gdybyśmy jeszcze potrafili rozmawiać o seksie z partnerem – nad tym trzeba jeszcze popracować. Zgadzacie się?

ZOSTAW ODPOWIEDŹ